«

»

Paź 05 2011

Wydrukuj to Wpis

Początki mego obrzydliwego bogactwa

(wyznania młodego „biznesmena”, który Śląską Ziemię wybrał za swoją na dalsze życie)

Inquisitive hens

Opowiem Wam o początkach mej obrzydliwej fortuny. Był rok 2010, gdy okrutna zima zawładnęła wszelkimi poczynaniami ludzkimi. Byłem też pod jej władzą i dodatkowo pogrążony w przeogromnej świadomości biedy materialnej. Miałem za to bogactwo pomysłów na rychłe, pewne i nieodwracalne wzbogacenie się. Wrodzona skromność wzbraniała mi skorzystać z tych genialnych pomysłów. W pewnym momencie – zapomnienia chwilowego – zacząłem podświadomie rozważać poważnie jeden z mych prawdziwie genialnych pomysłów. Otóż postanowiłem wzbogacić się na hodowli, na gastronomii, na rolnictwie i na handlu zagranicznym w jednym nowo powołanym przeze mnie koncernie. Miałem wszystko genialnie obmyślane, aż do puszczenia mych akcji na giełdę. Za zaoszczędzone pieniądze na niepaleniu papierosów kupiłem kurę rasy NIOSKA. Pieniądze zaoszczędziłem genialnym sposobem – mego pomysłu (jak wszystko). Moi koledzy w pracy wydawali na papierosy 300 zł miesięcznie. Ja, jako niepalący nigdy, odkładałem i trzymałem tę kwotę w kącie pokoju, co się w bankowości nazywa: na koncie. Za te walory nabyłem w/w kurę rasy NIOSKA. Jako bystry i pragmatyczny człowiek wiedziałem, iż kury wygrzebują jedzenie – zwane karmą, a będące po prostu dżdżownicami – spod ziemi. Kupiłem więc parę worków ziemi, ale nie było w niej ulubionych przez kury dżdżownic. Dżdżownice zacząłem hodować w osobnym terrarium, karmiąc je zwiędłymi liśćmi roślin. Jako, że nie miałem zwiędłych liści, to kupiłem w kwieciarni (może to była kwiaciarnia?) kilka dorodnych kwiatów doniczkowych i w mikrofalówce doprowadzałem świeże liście i kwiatki do stanu zwiędło–suszonego. Po kilku tygodniach doczekałem się całej kolonii dorodnych dżdżownic. Aby proces karmienia NIOSKI był podobny do naturalnego, zakopywałem dżdżownice w warstwie ziemi dorodno-rodnej i moja kurka zgrabnymi ruchami pazurków dobywała je na powierzchnię i szybko zjadała. Obserwując te kurze kopanie zauważyłem, iż zbyt szybkie połykanie przez mą kurkę dżdżownic kończyło się ich (tych dżdżownic) jeszcze szybszym wyłażeniem na zewnątrz kury przez tylny otwór kurzy. Moja rezolutna kurka poradziła sobie w ten sposób z utratą części karmy, iż co śmiglejsze dżdżownice – aby je zmylić – wkładała zgrabnym ruchem w swój otwór tylny. Ta metoda wywołała pożądany skutek zawrotu głowy u dżdżownic i one zagubione, nie mogąc znaleźć drogi ucieczki, pozostawały w mej kurze.

Zacząłem proces reprodukcji, który początkowo nie przynosił oczekiwanego kurzego potomstwa. Zwróciłem się do profesjonalnego instytutu inseminacji zwierzęcej z prośbą o fachową ekspertyzę dot. braku kurzej prokreacji. Sążnistą ekspertyzę posiadłem po półrocznym okresie szczegółowych badań nad przyczyną zastoju prokreacyjnego u mej kurki. Wcześniej życzliwa sąsiadka z zapłocia ogródkowego powiedziała mi rzecz tyle nieoczekiwaną co banalną w treści, iż temu może zaradzić dorodny kogucik jeśli posiada sprawny ogonek. Nieznającym niuansów kurzego rodu wyjaśniam, iż ogonek u kogucika to jego tylna kolorowa część falująca na wietrze. Jako nieposiadacz rzeczonego ogonka – tfu! – kogucika, wypożyczyłem go u tej miłej sąsiadki z zapłocia. Chciała mi nawet zapodać i zademonstrować instrukcję obsługi kogucika i zaczęła się wdrapywać na nasz graniczny płotek, ale choć jestem ciemny, to przecież nie tak wyobrażałem sobie szkolenie biznesowe. Podziękowałem sąsiadce za dobre chęci. Obserwując potem działalność kogucika, byłem wstrząśnięty sposobem, trybem i częstotliwością działań tego ptaka.

Otrzymana po półrocznym oczekiwaniu fachowa ekspertyza w całej rozciągłości potwierdziła słuszność rad mej sąsiadki, czym umocniłem w sobie przekonanie o przysłowiowej mądrości ludowej. Po korzystnym dla mnie i mej kurki rozwoju wypadków w dalszym łańcuchu pokarmowo-rozrodczym pojawiły się jajka, które umieszczałem w zakupionym inkubatorze doprowadzając do wykluwania się następnych kurzych egzemplarzy. I tak zaczęły się lekko inspirowane cykle prokreacyjne. Te cudowne cykle powtarzałem tysiące razy i za każdym z tych razów miałem więcej kurzych egzemplarzy, co doprowadziło w krótkim czasie do nadmiernej ich ilości. Zmuszony byłem sprzedawać niemieszczące się w mym lokum kury wyspecjalizowanym odbiorcom chińskim jak również odkładane przez lata niezapłodnione kurze jaja. Ten proceder po pięćdziesięciu latach doprowadził mnie do olbrzymiego bogactwa i mając tego świadomość postanowiłem iść na całość kupując sobie w specjalistycznym sklepie kurę pieczoną. Pierwszy raz skosztowałem mięsa z tego gatunku kur. Było to coś wspaniałego! Postanowiłem więc zmienić rodzaj hodowli z kur NIOSEK na kury PIECZONKI. Zleciłem amerykańskiemu instytutowi modyfikacji genetycznej wykreowanie mi takiego gatunku kury.

W chwili obecnej czekam na przysłanie mi rozrodczego stada kur PIECZONEK. Akcje mej Firmy „KUR-KA” umieściłem w Chińskim Banku „Bank Huabei”. Jeśli przyniosą zysk, to pójdę jeszcze dalej i każę sobie kupić egzemplarz pieczonego indyka i dostarczyć go do mego obecnego miejsca pobytu w instytucie geriatrii modyfikowanej.

… a o żałosnym końcu mego bogactwa opowiem Wam innym razem.

Permalink do tego artykułu: http://kopruch.blazejczak.eu/2011/10/poczatki-mego-obrzydliwego-bogactwa/

  • Pozycjonowanie

    Cześć, ucina coś mi post w połowie i nie wiem co jest nie tak. Również tak macie ? A propos, post godzien polecania 🙂 Pewnie jeszcze tu powrócę.Strona coś mi się długo ładowała. Jakieś problemy z serwerem ? Pewnie jest to chwilowe i nie potrzebnie panikuję.